W świecie pełnym pośpiechu, nadmiaru bodźców i rosnących oczekiwań coraz częściej mówimy o samoregulacji, czyli umiejętności rozumienia własnych emocji, odczytywania sygnałów z ciała i odzyskiwania wewnętrznej równowagi. To temat szczególnie ważny zarówno dla dorosłych, jak i dla rodziców wspierających rozwój swoich dzieci. Po przeczytaniu książki „Samoregulacja w praktyce” postanowiłam zadać autorce kilka pytań. O co pytałam i co mi odpowiedziała? Przeczytacie dalej!

„Samoregulacja w praktyce” – rozmowa z autorką
1. Jak Pani dba o swoją regulację, gdy czuje się Pani zawodowo przeciążona?
Jako potrójna mama, prowadząca firmę i doświadczająca choroby autoimmunologicznej, na co dzień bardzo dbam o samoregulację. Przede wszystkim przez zwracanie uwagi na to, jak się czuję – odczytując sygnały z ciała: czy mam jeszcze zasoby energii, czy jestem w napięciu, zmęczona, poirytowana. Wykorzystuję szybkie sposoby na redukcję napięcia, takie jak świadomy oddech (najczęściej z wydłużonym wydechem, żeby obniżyć napięcie).
Dbam też o potrzeby i odbudowę zasobów na różne sposoby: dbam o właściwą dla mnie dietę i sen. Staram się ruszać (głównie spacery nad morzem albo w lesie), medytuję, śpiewam w chórze i czasem dla samej siebie w domu, jestem w częstym kontakcie z przyjaciółkami (na żywo i przez komunikatory), czytam książki, czasem po prostu siedzę z herbatą lub kawą w ulubionym fotelu.
Staram się wybierać to, co najważniejsze, a resztę odpuszczać. Dbam też o swoje nastawienie. Już dawno wyrzuciłam wewnętrznego krytyka z głowy, a zamiast tego dbam o samowspółczucie oraz staram się dostrzegać pozytywy, nawet jeśli to drobiazgi, zachwycać się światem.
Każdą trudną lekcję staram się traktować z ciekawością i założeniem, że to lekcja, chociaż być może niełatwo dostrzec to od razu (więc żyję z pytaniem: „Czego mogę się nauczyć? Co potrenować?”).
2. Jak w dzisiejszym świecie pośpiechu i nadmiaru bodźców rozumieć samoregulację?
Samoregulacja w dzisiejszych czasach jest bardzo ważna – jest trochę jak maska tlenowa nakładana w niekorzystnych warunkach. Dzięki niej możemy zachować jasność myślenia, empatię, zdolność do koncentracji i zwyczajnie nie zwariować. Samoregulacja często oznacza mniej – mniej bodźców, mniej napięcia, mniej gonitwy. Takie „wysiadam z pędzącego pociągu”.
To nie jest łatwe, bo świat nas popędza i przytłacza nadmiarem. Czasem samoregulacja wymaga więc odwagi – by być sobą, by żyć inaczej, niż narzuca nam kultura korporacyjna czy konsumpcjonistyczna. Oznacza też dobre życie dzięki zarządzaniu swoimi zasobami energii. Np. przez stwarzanie dla samej siebie warunków, w których funkcjonuję optymalnie. Czyli np. tworzę dla siebie takie środowisko, w którym moje zmysły czują się dobrze. Ciszej, wygodniejsze ubrania, otaczanie się kolorami i zapachami, które lubię), po to, by odzyskać zasoby na pracę nad tym, co dla mnie ważne, i na dobrą relację z dzieckiem.
3. Czy widzi Pani różnice między pokoleniami w podejściu do emocji i radzenia sobie z nimi?
Nie lubię dzielić ludzi pokoleniami, bo każdy jest inny, więc bardziej widzę różnice indywidualne niż między poszczególnymi pokoleniami.
Mówi się często o milenialsach jako pierwszym pokoleniu, które zaczęło rozumieć wagę emocji i teraz ogarnia i swoje, i swoich dzieci, i własnych rodziców. Jednak myślę, że to trochę uproszczenie. Ja akurat jestem z pokolenia X i znam starsze ode mnie osoby bardzo świadome swoich emocji i umiejące sobie z nimi radzić).
Z drugiej strony faktycznie trochę tak jest, że starsze pokolenia raczej tłumiły emocje. Natomiast w dzisiejszych czasach jest większa świadomość i wiemy już, że lepiej jest emocje zrozumieć niż tłumić. Natomiast warto tu podkreślić jedną rzecz: samo rozumienie emocji i ich analizowanie to nie to samo co samoregulacja – bo ona wymaga czegoś więcej niż teoria.
Wymaga kontaktu z ciałem i praktycznej wiedzy o sobie. Wiem, co sprawia, że czuję napięcie, wiem, co zrobić, żeby je obniżyć, i umiem to po prostu zrobić. A to czasem jest trudne i wymaga niejako „wychowania siebie od nowa” – bo pokolenie naszych rodziców nie nauczyło nas kontaktu z emocjami.
„Samoregulacja w praktyce” – rozmowa z autorką
4. Jak nowe technologie wpływają na zdolność dzieci do regulowania emocji?
Tu znowu chciałabym uniknąć uproszczeń. Jako ludzie bardzo lubimy upatrywać jednej przyczyny całego zła. I coraz częściej za problemy dzieci i młodzieży wini się współczesne technologie. Po części z technologią wiąże się spore ryzyko. Ucieczka od emocji w ekrany, negatywny wpływ social mediów i treści na YouTubie czy TikToku, gry, które wciągają za bardzo i rozregulowują układy nerwowe, przebodźcowujące bajki itd. Jedno wielkie narzędzie dysregulacji.
Natomiast wiem, że dla niektórych dzieci, zwłaszcza nieneurotypowych (np. ze spektrum autyzmu), ekrany i technologia mogą być też narzędziem regulacji. Pozwalają odciąć się od nadmiaru bodźców i nieraz umożliwiają realizowanie swoich pasji w bardzo kontrolowalnych warunkach, które może im pomóc odzyskać poczucie bezpieczeństwa.
Myślę, że jako dorośli powinnyśmy przede wszystkim wziąć odpowiedzialność za bycie w relacji z dzieckiem i w dialogu…
…bo to główny czynnik chroniący przed uzależnieniami, też ekranowymi. Jako społeczeństwa powinnyśmy też szukać sposobów na to, by tworzyć takie środowiska dla dzieci i młodzieży, w których nie chcą i nie potrzebują uciekać online. Myślę, że obecnie uciekają w swój świat online, bo jest przewidywalny, podczas gdy w dużej mierze świat szkolny i nieraz domowy jest pełen napięcia, daje mało poczucia sprawczości i poczucia wartości oraz nie buduje fajnych relacji, w których chce się być).
No i oczywiście powinniśmy jako społeczeństwa wziąć odpowiedzialność za treści w internecie. Naciskać na zmianę algorytmów tak, by nie promowały treści głupich i patologicznych. I przede wszystkim – rozmawiajmy z dziećmi, słuchajmy ich, zainteresujmy się ich światem i nie deprecjonujmy go.
My w dzieciństwie w ramach zabaw i wygłupów opowiadaliśmy sobie głupie dowcipy o niezbyt wyszukanych treściach. Posługiwaliśmy się też wyrażeniami, których nie znali dorośli, budując w ten sposób poczucie wspólnoty rówieśniczej. Teraz jest tzw. brainrot, który w pewnym sensie buduje więzi między dziećmi. A sławetne „sześć siedem” można postrzegać jako pewien rodzaj small talku i poczucie bycia „wtajemniczonym”. Pamiętajmy, że wszystko jest wielowymiarowe – trochę dobre i trochę złe.
Warto się temu przyglądać i reagować spokojnie oraz mądrze (a żeby móc tak reagować, nam, dorosłym, potrzebna jest samoregulacja).
5. Co odpowiedziałaby Pani rodzicowi, który mówi: „Kiedyś dzieci były grzeczne bez całej tej samoregulacji”?
Owszem, były grzeczne – ale czy wyrosły na zdrowe psychicznie i szczęśliwe? I jakie społeczeństwa zbudowaliśmy bez samoregulacji? Zarówno pokolenie X, jak i milenialsi oraz współczesna młodzież doświadczają częściej niż kiedyś depresji, zaburzeń lękowych i innych trudności. To po części cena za to, że zostali wychowani bez samoregulacji. A za to często w zbyt ostrej dyscyplinie. Bez zrozumienia emocji, nierzadko za pomocą kar i nagród, oraz nauczyli się ignorować własne potrzeby.
I taki zbudowaliśmy świat – bez zrozumienia i brania pod uwagę tego, co się dzieje w układach nerwowych. Pełen wzajemnej wrogości i coraz większej polaryzacji, pośpiechu i napięcia, bez przyzwolenia na odpoczynek. Teraz, dzięki postępowi nauki, wiemy więcej o ludzkich układach nerwowych – o tym, co im służy, a co nie. Dlaczego więc chcemy żyć po staremu, skoro widać, że nie za bardzo nam – jako społeczeństwom i jako jednostkom – to posłużyło?